Patelnią i piórem

Dziękujemy profesorze!

 

     Z okazji 50-cio lecia pracy naukowej profesora Zenona Pawlaka, moja Alma Mater postanowiła wydać buklet poswięcony profesorowi. Poproszono i mnie o napisanie krótkiego eseju, czy też może wspomnień i doświadczeń z zajęć z profesorem Zenonem Pawlakiem. 

    Tak generalnie, to nie wiadomo od czego zacząć, bo zarówno wspólnie spędzonych godzin lekcyjnych, wykładanych nam przedmiotów, jak i ilość wiedzy, jaką otrzymaliśmy było wiele, co wiąże się też z ogromem zdarzeń, anegdot i przemiłych sytuacji.

     Pierwsze nasze spotkanie z profesorem Pawlakiem to trzeci semestr na kierunku Mechatronika. Piszę nasze, bo nie chce tu opisywać tylko moich wrażeń, ale oprę się też na wspomnieniach kolegów i koleżanki z roku. Przychodząc na pierwsze zajęcia z Biotrybologii, zupełnie nie mieliśmy pojęcia co nas czeka i dla wszystkich z nas samo to pojęcie było jakby trochę, albo i zupełnie nieznane. Profesor pojawił się na zajęciach tak znienacka, wyłonił się z grupy oczekujących studentów zupełnie nie absorbując niczyjej uwagi. Skromna postura, plecaczek na ramieniu, ubiór raczej swobodny, nie oficjalny, a że studenci zaoczni to i wiekiem nie najmłodsi, więc i profesor pomimo swojego wieku nie wyróżniał się i w tym aspekcie. Już po pierwszej godzinie zajęć wiedzieliśmy, że to nie będą takie „zwyczajne” wykłady, że czeka nas zapewne trochę pracy i wysiłku, ale z zagadnień wyjątkowo ciekawych, mając na uwadze nasze oczekiwania w stosunku do zawodu, jaki wybraliśmy. W tym samym semestrze mieliśmy z profesorem Pawlakiem jeszcze zajęcia z przedmiotów „Źródła energii odnawialnej” oraz „Produkcja i wykorzystanie biopaliw”. Te zajęcia odbywały się w grupach, więc i ilość studentów mniejsza a i sala kameralna sprzyjała nawiązaniu ściślejszych relacji profesor – student. Tu dopiero zadziwił nas zakres wiedzy, jaką posiada profesor, ale przede wszystkim jego interdyscyplinarność. My, studenci w większości pracujący, posiadamy wiedzę z różnych dziedzin, wynikającą z doświadczenia wyniesionego z pracy i z tego postanowił skorzystać profesor. Rewelacyjny moim zdaniem okazał się pomysł by pozwolić nam na ustalenie, oczywiście w pewnym zakresie, tematyki, jaką chcemy studiować. Sprytny zabieg profesora polegający na przygotowywania przez nas wykładów w formie krótkich referatów, ale z dziedziny naszych zainteresowań oscylujących wokół przedmiotu nauczania, dawał profesorowi trochę luzu, a nam możliwość „zabłyśnięcia” wiedzą i możliwością pobycia choć przez moment wykładowcą. Po kilku zajęciach, kiedy to profesor siedział w ławkach między nami, słuchając naszych referatów i razem z nami zadając pytania czy biorąc udział w dyskusji nad wygłaszanymi referatami spowodował powstanie pewnych koleżeńskich relacji. Zapewne sprzyjało temu i nasze podejście do studiów, bo jak już pisałem nie jesteśmy młodzieżą ledwie wkraczająca w dorosłość, ale poważnymi już ludźmi, w większości z rodzinami, dziećmi, ludźmi, z którymi można podyskutować. Wydaje się, że to właśnie zbliżyło do nas profesora Pawlaka. Myślę, że ujęła profesora też organizacja naszej grupy. Marcin, nasza skrzynka e-mailowa i człowiek od public relations, szybko wprowadził profesora w nasz sposób przekazywania informacji, skryptów czy dyskusji nie tylko na auli. No właśnie, dyskusje… takie swoiste rozpoczęły się, chyba po drugich zajęciach, kiedy to profesor postanowił zrobić nam sprawdzian z „wiedzy’ nabytej z naszych referatów. Ot, blady strach padł na studentów. My, zaprawieni w uczelnianych bojach, posiadamy w naszym gronie specjalistów od negocjacji. Śmiglaki – tak nazywamy perę nierozłącznych kolegów studentów, a jednocześnie żołnierzy z jednostki śmigłowców w Inowrocławiu. Tadeuszi Daniel, ich talent negocjacyjny z niejednej opresji już nas wybawił… niestety profesora nie zbajerowali. Nawet słodki uśmiech naszej starościny, Gośki, nie wzruszył profesora, mimo że zawsze z sympatią i wielką serdecznością patrzył w stronę jedynej dziewczyny w naszym gronie. Dziewczyny, która sami zrobiliśmy nasza szefową. Nie było rady, trzeba się było wziąć za bary z tym kolokwium. Pytania i owszem były nawet trudne, zwłaszcza dla tych, którzy nie do końca uważnie słuchali referatów kolegów, albo też byli odrobinę „zmęczeni” dniem wczorajszym. Jakież zaskoczenie było, kiedy to na znak profesora pozamienialiśmy się testami i kolega koledze przy ogólnym udziale całej grupy sprawdzał jego wypociny. Na początku myśleliśmy, że profesor, mając zapewne wspaniałe wzorce amerykańskich studentów, ślepo wierzy w nasza uczciwość.. Z ironicznym uśmiechem na ustach oddawaliśmy kartki ze sprawdzianami. Oj profesorze, profesorze. Potrzeba było czasu i spojrzenia całokształt pracy z profesorem, by zrozumieć, że tak naprawdę, to nie chodziło o sprawdzenie co wiemy, a wywołanie dyskusji o tym, co wiedzieć powinniśmy. Profesor Pawlak rzucając pytania na kolokwium, podczas sprawdzania ich, razem z nami o nich dyskutował, wywoływał temat zaznaczając fakt „ważności” zagadnienia. To była forma nauki, a nie sprawdzenia wiedzy. Zmuszając nas do samo oceniania jednocześnie bacznie nas obserwował i doskonale wiedział, kto bierze czynny udział w dyskusjach, kto i na jaką ocenę ostatecznie zasługuje. Jak wyglądało końcowe wystawianie ocen z Biotrybologii? Profesor Pawlak, po kolei prosił delikwentów do siebie do katedry na krótka rozmowę po czy student z wiedza na temat swojej oceny i najczęściej szerokim uśmiechem na twarzy wracał do ławki. Kiedy przyszła kolej na mnie, usłyszałem od profesora: „No panie Piotrze, my chyba nie mamy o czym rozmawiać.” Chwila paniki, w mojej głowie tysiące myśli i kropelka potu cieknąca powolutku po plecach… „Myślę, że ocena bardzo dobra powinna pana zadowolić panie Piotrze”, usłyszałem. Panie profesorze, tak się nie robi. W moim wieku to grozi zawałem. Kamień wielkości Giewontu spadł mi z serca wprost na posadzkę tej pięknej auli. Nieco inny sposób oceniania profesor przyjął na pozostałych przedmiotach. Tam zwyczajnie każdy wstawał i ogłaszał, na jaka ocenę zasługuje w swoich oczach. Jeżeli otrzymał absolutorium od grupy, profesor Pawlak „przyklepywał” ocenę. Stanowczo za szybko minęły te zajęcia. Bardzo dla nas nobilitującym był fakt, że po zakończeniu zajęć w trzecim semestrze, ilekroć profesor mijał się czy widział stojąca gdzieś grupę  nas, „swoich” studentów, podchodził, witał się, ściskał ręce, zawsze miał czas na wymianę kilku zdań. Z jakąż radością odkryliśmy, że w siódmym, ostatnim naszym semestrze na studiach mamy ponownie zajęcia z profesorem Pawlakiem. I tu kolejny pokłon nad wiedzą profesora. Nanotechnologie, i ten zakres wiedzy okazał się bliski profesorowi. Oczywiście zajęcia wyglądały podobnie jak poprzednie, ale my troszkę starsi i doskonale już wiedzący czego się mamy spodziewać z pełnym zadowoleniem przychodziliśmy na te zajęcia. Nie ukrywam, że z politowaniem patrzyliśmy na kolegów informatyków, którzy razem z nami mieli zajęcia z profesorem Pawlakiem, jak niepewni i zdezorientowani zadawali nam pytania typu „o co tu chodzi, co to za wykład?” Bardzo fajny, jak wszystkie poprzednie wykłady profesora Pawlaka. Szkoda tylko, że tak mało godzin było i tym razem.

     Zasadniczo to tyle, bo zapewne można by snuć opowieści i anegdoty, ale myślę, że profesor wolałby usiąść między nami i rozmawiać o tym, co wie ciekawego, dzielić się z nami swoja pasją i zachwytem chociażby na micelami, a przede wszystkim słuchać nas, dawać nam radość swoim zainteresowaniem i wiedzą. Uważam, że mieliśmy ogromne szczęście spotykając profesora Pawlaka na swojej drodze. Zapewne nie spodziewaliśmy się kogoś tak niesamowitego w murach WSG.

Dziękujemy profesorze!